Aby skutecznie kołatać – wywiad z członkiem stowarzyszenia Zdrowy Rower

Prezentujemy wywiad w Piotrkiem, który ukazał się w te wakacje w magazynie Rower Tour. Będzie troszkę o organizacji wyjazdów ale też o wcześniejszych osiągnięciach i wyprawach. Wywiad nawiązuje do filmu Pedałujesz-Pomagasz i do wyprawy dla Doroty na Bornholm w 2011 roku. 

 

W Waszych wyprawach najbardziej zwraca uwagę ich wymiar charytatywny.

To z jednej strony dobrze, bo wyprawa charytatywna tym większą ma szansę na sukces, im więcej osób zauważy jej przesłanie. Z drugiej jednak strony niesłusznie, gdyż każdy kilometr trasy ma zawsze tysiąc metrów, niezależnie od tego, czy pokonujemy go tylko dla własnej przyjemności, czy także z poczuciem misji. Tak samo trzeba się zmęczyć, aby go przejechać…

Z poczuciem misji nie jest ani trochę łatwiej?

Może czasem rzeczywiście bywa nieco lżej, bo przesłanie potrafi uskrzydlać i mobilizować. Szczególnie wyraźnie odczuwam to na długich, stromych podjazdach… (śmiech).

A skąd pomysł na wyprawy charytatywne?

Zaczęło się od… braku pomysłu. Wcześniej nie raz bywało tak, że jechaliśmy gdzieś, ale gdy psuła się pogoda, to zawracaliśmy, gdyż brakowało nam celu i motywacji. W czerwcu 2009 wybraliśmy się do Paryża, aby zobaczyć wieżę Eiffla. Przyjechaliśmy, okazało się, że jest okropnie brzydka, poczuliśmy się rozczarowani, cały nasz wysiłek poszedł na marne! Po powrocie postanowiliśmy, że nasze wyprawy muszą mieć bardziej wymierny i satysfakcjonujący cel. Zgłosiliśmy się do Stowarzyszenia Możesz, gdzie zaproponowano nam zorganizowanie ekspedycji dedykowanej Leszkowi Buczyńskiemu

I aby mu pomóc pojechaliście do Wilna?

Tak, w roku 2010.

Ile pieniędzy udało Wam się uzbierać?

Okolo ośmiu tysięcy.

 

Dużo! A w jaki sposób prowadziliście kwestę?

Akurat wtedy debiutowała w Internecie platforma domore.pl, wspierająca akcje charytatywne. Nawiązaliśmy współpracę, co w sposób praktycznie nieograniczony powiększyło grono potencjalnych dobroczyńców. Teraz, kilkoma kliknięciami myszy, pomóc Leszkowi mógł każdy.

 O ile dowiedział się o Waszej wyprawie.

Cóż, początkowo wydawało nam się, że do mediów będzie trudniej dotrzeć, niż do Wilna…

Wynik akcji najlepiej jednak świadczy o tym, że i z tym wyzwaniem poradziliście sobie wzorowo.

Dla Leszka pojechaliśmy raz jeszcze, do Grecji, zebraliśmy wtedy ponad dwa tysiące złotych. Pamiętam, że w samym centrum Aten podszedł do mnie turysta z Polski, który kilka dni wcześniej oglądał program o wyprawie i nas rozpoznał. Był bardzo zawiedziony gdy nie przyjąłem od niego gotówki, prosząc by wpłacił ją na konto domore. Ale nazajutrz rzeczywiście pojawiła się tam duża kwota. Ponadto, dzięki nagłośnieniu akcji, Leszek dostał też od jednego z telewidzów wózek inwalidzki, pewna firma wyremontowała mu łazienkę, szkoła, której jest absolwentem przeprowadziła dla niego kwestę, a jego szef zorganizował kolejną dedykowaną mu wyprawę.

Uruchomiliście lawinę…

Bez przesady. Rzekłbym raczej, że proces, dzięki któremu rezultaty naszej akcji nie ograniczyły się do wyniku kwesty.

 Na Waszej stronie piszesz: mechanizm pomagania jest prosty, my jedziemy, a ludzie pomagają. Czy to znaczy, że nie pomagaliby gdybyście zamiast pojechać, apelowali wygodnie zza komputerów?

Myślę, że pomagaliby, ale mniej chętnie, w myśl zasady “coś za coś”, czyli wysiłek finansowy, za fizyczny. To bardziej wymiana, niż darowizna.

Wymiana? Czy jazda na rowerze nie sprawia Wam przyjemności?

A co złego jest w przyjemności? Czy ofiarować komuś można tylko swój dyskomfort? Z resztą podczas wyprawy do Wilna upały były tak nieznośne, że kilku uczestników nie wycofało się tylko dlatego, że swoje zmęczenie dedykowali Leszkowi. To on ich mobilizował.

Czy sukces wyprawy byłby mniejszy, gdyby na metę dotarły trzy osoby zamiast trzydziestu?

Tak, bo po pierwsze wolimy wspierać udane inicjatywy, niż porażki. A po drugie część uczestników wyprawy założyła się, że nie zrezygnują po drodze, więc po ich przyjeździe na metę, konto Leszka zasiliła znacząca kwota.

W roku 2011 zorganizowałeś  drugą wyprawę charytatywną…

Pojechaliśmy dla Doroty Kowalskiej, na Bornholm.

Jak poznałeś Dorotę?

Zaczęło się od tego, że zostaliśmy zaproszeni do programu “Opowiedz swoją historię”. Wprawdzie niezbyt odpowiadała nam jego formuła, lecz uznaliśmy, że nie można lekceważyć żadnej okazji do nagłośnienia działalności Stowarzyszenia.

 A po co Wam to nagłośnienie?

Bo sukces naszych wypraw zależy od tego ile osób dowie się o nich. A każde wystąpienie w mediach wzmacnia naszą pozycję w oczach sponsorów.

Ale wtedy, w telewizji opowiadałeś o planach wytyczenia szlaku rowerowego z Pruszkowa do Gdańska.

Owszem, ponieważ goście zaproszeni przed kamery mieli rywalizować o dziesięć tysięcy złotych, przedstawiając swój plan wykorzystania tych pieniędzy. Przegraliśmy, lecz warto było spróbować, bo szczęśliwym trafem program ten oglądała Dorota. Kilka dni później skontaktowała się z nami. Ucieszyliśmy się, że jest aktywna, zgłasza się sama, prosi o pomoc, więc nie musimy szukać, tak jak przed rokiem. Zebraliśmy dla niej prawie 3 tysiące złotych, osiemset do puszek, resztę przez portal domore.pl

Do puszek?

Tak, tym razem dzięki Fundacji Zdążyć z Pomocą mieliśmy zgodę na prowadzenie zbiórki publicznej.

Trzy tysiące to dużo, czy jednak Dorota nie zyskałaby więcej, gdyby przekazać jej wszystkie pieniądze otrzymane od sponsorów oraz wydane przez Was podczas wyprawy?

Czy uważasz, że w imię dobroczynności powinniśmy zrezygnować z wakacji i rozdać wszystko potrzebującym ? Czy to mało, że zamiast beztroskiej eskapady zorganizowaliśmy wyprawę charytatywną? Poza tym Dorota dostała coś więcej niż cztery tysiące złotych. Otrzymała wsparcie psychiczne, poznała ludzi, którzy dla niej jechali, utrzymuje z nimi kontakt. Pieniądze wydane na rehabilitację już dawno rozpłynęły się, a niewymierne korzyści pozostały. Sama Dorota to przyznaje, mówi, że nigdy wcześniej nie była tak pogodna i otwarta, nigdy nie miała tylu przyjaciół.

Podczas wyprawy na Bornholm nakręciłeś film…

Można go zobaczyć na stronie www.zdrowy-rower.pl. Pierwotnie miała to być krótka migawka, promująca wyprawy charytatywne. Po zmontowaniu okazało się, że trwa blisko godzinę… (śmiech). W pierwszej części prezentujemy Stowarzyszenie Zdrowy Rower i pokazujemy jak zorganizować wyprawę charytatywną. To ważne, gdyż po powrocie z Bornholmu pytało nas o to wiele osób. Przygotowaliśmy zatem dla nich poradnik umożliwiający ominięcie raf, na które sami wpadliśmy. Druga część jest relacją z wyprawy, to ujęcia naszej codzienności, przeplecione wypowiedziami uczestników. Widać doskonale, jak po kilku dniach zapominamy o problemach w pracy, domu lub w szkole, ograniczając się do spraw najprostszych. Moi bohaterowie opowiadają o tak prozaicznych przyjemnościach jak sen, wypoczynek, prysznic, czy posiłek.

 Ktoś stwierdza nawet, że odmieniło go jedzenie konserw…

Nie mogłem wyciąć tej rozbrajającej wypowiedzi… (śmiech). Na koniec staram się udowodnić, że wyprawy charytatywne są terapią zarówno dla osób, którym je dedykujemy, jak i dla uczestników. Wielu z nich uważa, że otrząśnięcie się z codziennej krzątaniny poprzez pomaganie potrzebującym, jest wprost bezcenne.

Na początku filmu mówisz, że najważniejsze są media, sponsorzy i dobra organizacja wyprawy. Jak Wam się udało przebić do mediów? Co mógłbyś poradzić tym, którzy kołacą bezskutecznie?

To mrówcza praca. Trzeba mieć mnóstwo cierpliwości i wytrwałości. Sami też zaczynaliśmy skromnie, od prasy lokalnej i niewielkich serwisów internetowych. Media są wymagające, lubią sensacje, należy zaoferować im coś ciekawego, trzech rowerzystów wyruszających na prywatną wyprawę nie zainteresuje żadnego dziennikarza,  jeżeli czymś szczególnym nie zwrócą na siebie uwagi. Ważne są drobiazgi – nazwa stowarzyszenia, logo, starannie przygotowane notki prasowe, dobre zdjęcia. Podczas wyprawy do Aten specjalnie wybraliśmy dłuższą drogę, bo wiedzieliśmy, że umożliwi wykonanie efektownej dokumentacji fotograficznej. Potem, w miarę jak ugruntowywaliśmy swoją pozycję było już coraz łatwiej. Wystąpiliśmy w jednej telewizji, zrobiliśmy dobre wrażenie, zadzwoniła druga, potem trzecia… Zaczęły działać rekomendacje. Najtrudniej sforsować pierwsze drzwi. Co jeszcze? Wizerunkowi wyprawy bardzo sprzyjają cele charytatywne, media to lubią.

Nie masz wrażenia, że niepełnosprawni bywają w ten sposób wykorzystywani do promocji?

Nie przez nas. Nie nagłaśnialibyśmy naszych wypraw gdyby nie były charytatywne, bo po co? W jakim celu mielibyśmy kogokolwiek informować, że jedziemy do Wilna? Natomiast ewentualne korzyści z promocji są obopólne, bo niepełnosprawni też na niej zyskują. Po każdej naszej wizycie w telewizji na konto domore.pl wpływały większe kwoty. Bez wsparcia mediów trudno skutecznie apelować o pomoc. Media są też potrzebne sponsorom, którzy w zamian za zaangażowanie chcą być dostrzeżeni. A im o wyprawie głośniej, tym o sponsorów łatwiej.

 Do czego potrzebowałeś sponsorów?

Podczas wyprawy na Bornholm dostaliśmy od nich samochód techniczny z kierowcą i benzyną, kamizelki odblaskowe z nadrukiem oraz sporo gadgetów do rozdawania po drodze.

 Ile rowerzystów uczestniczyło w Waszych wyprawach?

Do Wilna pojechało trzydzieści osób, na Bornholm (ponad) dwadzieścia. Nie wszyscy jednak pokonali całe trasy, bo obydwie wyprawy miały charakter otwarty, w każdej chwili można było się dołączyć, albo zrezygnować. Po drodze nie obowiązywała też żadna szczególna dyscyplina, nie wymagaliśmy jazdy zwartą grupą, pobudek na komendę i wspólnego mycia zębów. Kto chciał szybciej pokonać dany odcinek, ten miał na mecie więcej czasu na relaks, a kto chciał jechać wolniej, ten mógł więcej zobaczyć po drodze.

 Jak długie były etapy dzienne?

Dostosowane do możliwości mniej wprawnych rowerzystów, rzadko ponad sześćdziesiąt kilometrów. Ale pod koniec wszyscy “rozkręcili się” tak znakomicie, że ostatnie dwa odcinki pokonaliśmy w jeden dzień.

Kto uczestniczył w tych wyprawach?

W większości młodzi ludzie, których nie znaliśmy wcześniej. Trafili do nas na bardzo różne sposoby. Ktoś poprzez naszą stronę, ktoś przez profil na Facebook’u, ktoś zobaczył filmik z poprzedniej eskapady. Kilka osób przez Fundację Zdążyć z Pomocą, portal aktywni.pl oraz fora rowerowe. Ktoś usłyszał o wyprawie w radio, ktoś dowiedział się z telewizji.

Istne “pospolite ruszenie”…

Znacznie trudniej jest poprowadzić grupę nieznajomych rowerzystów, niż sprawdzonych wcześniej przyjaciół. A charytatywna misja wyprawy dodatkowo zobowiązuje. Nie można na przykład zmienić planów gdy pada deszcz, bo przecież gdzieś tam po drodze czekają już dziennikarze. Trzeba pamiętać o zdjęciach i dbać o bieżące przekazywanie informacji. Należy podporządkować się oczekiwaniom mediów. Nasz start na Bornholm chciały na żywo transmitować dwie stacje, którym odpowiadały dwie różne pory emisji.

Jak to pogodziłeś?

Prosto. Startowaliśmy dwukrotnie… (śmiech). Po powrocie z Bornholmu, aby odreagować, pojechaliśmy we trzech, na rowerach do Lwowa. Prywatnie, bez rozgłosu, dla przyjemności, ciesząc się swobodą i tym, że nikt nas nie obserwuje.

Czy od uczestników wypraw pobieracie jakieś opłaty?

Tylko na ubezpieczenie, noclegi oraz część wyżywienia, natomiast sam udział jest bezpłatny. To nie są imprezy komercyjne, nie prowadzimy działalności gospodarczej.(generalnie to nie trzeba płacic skladki, ale wiekszosc placi bo tak jest wygodniej)

Po co założyliście Stowarzyszenie Zdrowy Rower?

Aby sformalizować nasze działania, lepiej wyglądać i skuteczniej kołatać…

Na stronie Stowarzyszenia napisałeś, że macie zasady, które wyróżniają Was od setek innych grup rowerzystów. Czemu tak bardzo chcecie się wyróżniać?

Aby skuteczniej kołatać…

 Jakie to zatem zasady?

Wydajemy niewiele, nocujemy pod namiotami, nie korzystamy z pociągów i autobusów, nie planujemy tras nazbyt ściśle, cały dobytek przewozimy ze sobą. Te zasady dotyczą jednak tylko naszych wypraw “zamkniętych”, czyli dostępnych wyłącznie dla członków Stowarzyszenia. Natomiast podczas wyjazdów charytatywnych poprzeczkę ustawiamy niżej.

Kto należy do Stowarzyszenia?

Ponad dwadzieścia osób. W zarządzie jest nas czterech: dwóch Adamów, jeden studiuje filozofię, drugi polityke regionalna , Kamil – student turystyki i rekreacji oraz ja – na socjologii. Mamy po dwadzieścia  lat, wszyscy mieszkamy w Pruszkowie.

Napisałeś też, że Stowarzyszenie jest sposobem na nudę i ucieczką od codzienności.Czy naprawdę aż tak nudna była Wasza codzienność, że musieliście od niej uciekać?

W pewnym momencie stwierdziliśmy, że dni powszednie zaczynają być monotonne i bezrefleksyjne. Zauważyliśmy, że przetwarzamy to, co oferuje rzeczywistość, zamiast ją tworzyć. Postanowiliśmy więc to zmienić, z pożytkiem dla siebie i innych.

Pojedziecie dla kogoś w tym roku?

To zależy od pozostałych chłopaków ze Stowarzyszenia, bo ja teraz muszę skoncentrować się na studiach. Zorganizowałem dwa wyjazdy, czas przekazać stery. Mamy dobrze ugruntowaną pozycję, zdobyliśmy sponsorów, zaistnieliśmy w mediach, to zobowiązuje, nie zmarnujemy tego potencjału, nadal będziemy pomagać.