Pedałujesz Pomagasz dla Leszka 2010 Ateny

P9021322

 Wyprawa do Aten była kontynuacją charytatywnej akcji Pedałujesz – Pomagasz dla Leszka. Pokonaliśmy 2500 km w trzy tygodnie. Dzięki wyprawie do Aten udało się nam zebrać 3 tys. zł dla Leszka. Zapraszamy do lektury dziennika z wyprawy.

 

 

16.08 Start
Już dziś wielki start, do którego cała grupa Zdrowy-Rower przygotowywała się od roku, tym razem będziemy pedałowali i pomagali jednocześnie. To będzie charytatywny wyjazd z Pruszkowa (obok Warszawy) do Aten koleblki cywilizacji europejskiej.
O 7.00 umówiliśmy się pod fontanną przy pałacu ślubów w Pruszkowie. 
Przyjechała telewizja, nasz wyjazd jest charytatywny, nie jedziemy tylko dla siebie, ale dla naszego kolegi Leszka, który kilka lat temu miał wypadek samochodowy, zbieramy pieniądze na jego rehabilitację. 
Przed 8 zagraliśmy krótki materiał dla telewizji i c hwile później ruszyliśmy pod eskortą straży miejskiej. Zaplanowaliśmy sobie rano że postaramy się przejechać około 170km.  
Nie udało się nam niestety tego zrobić. Podczas trasy poza przelotem  siędmiu
wojskowych helikopterów i żaru lejącego się z nieba niewiele się  
działo. 20 km przed zalewem Sulejowskim zaczęliśmy żyć myślą wskoczenia do wody.  
Nad zalewem zrzedły nam mocni miny bo okazało się ze kąpiel jest  
zakazana. Woda śmierdziała i była dziwnie zielona. Pomimo gorąca  
postanowiliśmy się jednak nie kąpać…. Od zalewu mieliśmy jeszcze do  
zrobienia z 50 km. Po przejechaniu dosłownie 2-3 km natknęliśmy się na  
bardzo duży i tani camping. Za plecami zaczęły się nam zbierać spore  
burzowe chmury więc zdecydowaliśmy się zostać. Niedługo później rozpętała  
się taka burza że musieliśmy się schować w malej knajpce na terenie  
campingu. Mniej więcej po 20 minutach przestało grzmieć więc zaczęliśmy rozkładać namioty  i rozbrajać rowery. Wszystko w deszczu. Po rozpakowaniu rzeczy wszyscy poszłiśmy wziąć gorący prysznic więc humory szybko się poprawiły. Po powrocie do namiotu rozpętała się   kolejna burza. Pioruny tak mocno waliły nam nad głowa, że strach było siedzieć w namiocie. Zasnęliśmy dopiero po 22 kiedy burza trochę przycichła.

Zrobiliśmy tego dnia 127km w poniżej 6h jazdy. Wypiliśmy chyba po 7  
litrów wody na głowę.

17.08 plebania

Wstaliśmy o 5.30. Piotrek wysiędl z namiotu i krzyknął  ze niebo jest błękitne. Była to bardzo dobra wiadomość po wczorajszej burzowej nocy. Zebraliśmy się w godzinkę i ruszyliśmy dalej. Spotkaliśmy kilka osób które słyszało o naszej akcji, gorąco nam dopingowali i ściskali ręce. Pogoda zaczęła nam sprzyjać przynajmniej pod względem temperatury.  
Ochłodziło się o kilka dobrych stopni. Gorzej było z wiatrem. Cały dzień wiatr wiał nam pod koła wiec bardzo ciężko  było jechać. Powoli teren zaczyna się zmieniać. Po opuszczeniu Mazowsza skończył się płaski teren. Mamy coraz więcej podjazdów a w połączeniu z silnym wiatrem nawet pod  małą górkę podjazd staje się męczący.
W okolicach godziny  17 mieliśmy już 120 km na liczniku. Na rynku  w mieście Szczekociny podszedł do nas starszy Pan zapytać o cel wyprawy. Rozmowa jakoś zeszła na temat noclegu i dostaliśmy cynk żeby podjechać do wsi  niedaleko i zapytać proboszcza który lubi przyjmować podróżnych. Pojechaliśmy, poczekaliśmy do końca mszy i nieśmiało zapytaliśmy o  nocleg… No i zostaliśmy przyjęci po królewsku! Proboszcz zaprowadził  
nas do nowo wybudowana plebani – był to bardzo duży dom który nie jeden człowiek  
chciałby mieć ;) zaprowadził nas na piętro specjalnie przygotowane dla  
pielgrzymów. Kilka łóżek, wanna, prysznic, gorąca woda… Żyć nie  
umierać :) wykąpaliśmy się i poszłiśmy na przygotowana kolacje -  
herbatka, swojska kiełbasa i świeży chleb…  Po całym dniu tak ciepłe przyjecie wprawiło nas w taki szok ze pewnie długo będziemy wspominać ten nocleg…
zrobiliśmy 135km.  
Jutro Kraków!!

 

18.08  Sjesta w Krakowie

Wstaliśmy o 5.30. Spakowaliśmy się szybko i poszliśmy na śniada nie  
przygotowane przez proboszcza. Dostaliśmy pyszny pasztet, pomidorki i  
herbatę. Dodatkowo na drogę ksiądz dal nam bochen chleba i  
szynkę.  Droga do Krakowa była całkiem niezła. Skończył się już płaski  
krajobraz. Zaczynają się góry które odczuwamy podwójnie przez ciężar naszych  
sakw. Z miasteczka -  Skała (7-10 km od Krakowa) mieliśmy dłuuugi zjazd  
którym dojechaliśmy aż pod tabliczkę Kraków :)
Jeszcze przed wyjazdem umówiliśmy się z naszą koleżanką Patrycją, że odbierze nas na przedmieściach Krakowa.  
Nie musieliśmy na nią długo czekać. Chwile później byliśmy już u niej w domu. Mieszka jakieś 20 minut jazdy rowerem od centrum. Wynajmuje 3 pokojowe mieszkanie z czterema innymi osobami ale na szczęście 2 osoby gdzieś wyjechały więc mogliśmy się bez problemu przespać. Na dzień dobry zostaliśmy poczęstowani przez jej koleżankę pysznymi plackami ziemniaczanymi którymi objadaliśmy się ponad miarę. W sklepie osiedlowym jedna z Pań usłyszała o naszej inicjatywie w telewizji i nie mogła uwierzyć, że nas spotkała. Śpimy dziś u Patrycji. Cześć na łóżkach a reszta na podłodze. Jesteśmy  najedzeni i umyci wiec nic więcej nie jest nam potrzebne do szczęścia
Przejechaliśmy dzisiaj około 90km
19.08     Pierwsze góry

Obudziliśmy się przed 6. Nie udało się nam wyjechać wcześnie bo  
trzeba było się ze wszystkimi pożegnać… Tak czy inaczej  
z Krakowa wyjechaliśmy w miarę szybko. Trochę się zgubiliśmy w drodze  
do Wieliczki ale później było już ok.

Zaczęły się pierwsze poważne góry. Co jakiś czas pojawiają się znaki z  
procentowym nachyleniem terenu co dla mnie zawsze oznaczało że  
znajduje się w górach. Mielimy kilka naprawdę ciężkich podjazdów ale myśl o tym, że jedziemy dla Leszka mocno nas motywowała. równie dużo przyjemnych zjazdów :) rekord prędkości na dziś to 71.1km/ h w wykonaniu Piotrka. Taka prędkość na rowerze to jest coś !
Około 18 mieliśmy już na liczniku ponad 100 km. Do granicy zostało nam  
jeszcze z 40 ale pogoda się zepsuła. Zaczął padać deszcz i dużo czasu spędziliśmy na przystanku czekając na poprawę pogody.
Od 20 zaczęliśmy szukać noclegu. Dostaliśmy kilka propozycji schowania  
rowerów i przespania się pod namiotami ale ze względu na pogodę  
jeździliśmy i szukaliśmy… aż przyjął nas do domu sołtys. Dostaliśmy do dyspozycji pokój z małą kuchnia i  
dostępem do łazienki. Rowery stoją w garażu a my mamy możliwość normalnie zjeść i się umyć.     
Przejechaliśmy 120 km


20.08  Śliwowica

Rano było nam tak dobrze że nie mogliśmy się zebrać. Ruszyliśmy powoli
w kierunku granicy i zanim się obejrzeliśmy byliśmy już w Piwnicznej
Zdrój. Zrobiliśmy jeszcze ostatnie zakupy za złotówki i 15 minut później
byliśmy już po stronie Słowackiej. Zdziwił nas teren po którym
jechaliśmy. Rok temu jadąc do Paryża musieliśmy pokonać naprawdę
wysokie góry zanim dojechaliśmy do granicy… Teraz poszło nam
bajecznie łatwo.

Po stronie Słowackiej mieliśmy naprawdę ostry podjazd ale za wynagrodzony
niesamowitym widokiem na Gierlach…

Na Słowacji stanęliśmy przed wyborem: na wschód czy na zachód.
Wybraliśmy jazdę na wschód i był to strzał w dziesiątkę! Mniej gór,
więcej zjazdów i większość drogi z wiatrem:) bez problemu
przejechaliśmy praktycznie całą Słowację i około 19 zaczęliśmy szukać
noclegu. 1 dom, 2 dom i tak dalej… Przejechaliśmy kilka wsi zanim
znaleźliśmy nocleg.

Na noc przyjęli nas Słowacy którzy mieli Duży ogródek. Mięliśmy dostęp
do wody i huśtawkę na której siedzieliśmy do późnego wieczora więc
było bosko. Zaraz przed snem przyszła do nas Słowaczka z 4 kieliszkami
śliwowicy, które mocno nas rozgrzały :) poszliśmy spać w dużo
lepszych humorach….

Zrobiliśmy 135 km – to już powoli nasza średnia :) większość mieliśmy z
wiatrem i z górki. Jesteśmy cały czas w kontakcie z rodziną i znajomymi, wysyłamy zdjęcia i krótkie komentarze, dziś udało zebrać się kolejny tysiąc złotych dla Leszka, to dobra nowina:)  Na jutro teren zapowiada się bardziej plaski wiec
będzie super… No i będziemy już na Węgrzech :)

21.08  Otto

Obudziliśmy się kilka minut przed 6. Niebo błękitne i bez chmurki
więc pogoda idealna do jazdy. Rano jak co rano – ociągaliśmy się
z jedzeniem i pakowaniem i  wyjechaliśmy na
kilka minut przed 8. Droga przeleciała nam szybko i bez żadnych
problemów.
Do kraju byliśmy zmuszeni wjechać jedna z głównych dróg przy której był
zakaz dla rowerów wiec szybko gdzieś zjechaliśmy. Długo
zajęło nam szukanie bankomatu i obliczanie co ile kosztuje. Walutą na
Węgrzech są forinty. 100 forintów to 1.42 zł. Jeden browar stoi w
okolicy 250 ft. Ze wsi w której zrobiliśmy zakupy wbiliśmy się w jakaś
wiejska drogę jadąca przy trasie i ku naszemu zaskoczeniu znowu
napatoczyliśmy się na zakaz dla rowerów :/ kilka razy staraliśmy się omijać
zakaz ale po pewnym czasie stało się to po prostu niemożliwe…

W dzień było strasznie gorąco więc jechaliśmy długo po zmroku, aż w
jednym z miast zatrzymała nas – nieczynna już o tej godzinie -
przeprawa barką przez rzekę. Zrezygnowani że nie możemy dalej jechać
rozbiliśmy się z dala od drogi. Kilka razy
podjeżdżały samochody do przeprawy i przebiegały watahy psów a my za
każdym razem zestresowani gasiliśmy lampki. W momencie kiedy głodni
usiedliśmy do jedzenia Piotrek powiedział że stoi za mną jakiś facet.
Na początku pomyślałem że chce mnie przestraszyć ale rzeczywiście ktoś
do nas szedł. Okazało się ze nasze głośne zachowanie przyciągnęło uwagę
właściciela barki. Węgier około lat 40 który na początku wydawał
mi się lekko wstawiony ale  później między  nami i zaczęła się zabawa w dogadywanie się.
Piotrek wyjął kartkę na której rysowaliśmy rożne  rebusy żeby jakoś się dogadać. Węgier – Otto – jak sam się przedstawił nauczył
nas jednego słowa po węgiersku: kôzzönem czyli dziękuję.
Poczęstowaliśmy go odrobina wina które kupiliśmy w jakimś wiejskim
sklepie i facet zaczął śpiewać jakieś węgierskie melodyjki. Mięliśmy później mały problem
żeby go wyprosić i pójść spokojnie spać ale jakoś udało nam się w końcu dogadać.

W nocy kilkakrotnie słyszałem jak ktoś chodzi obok namiotów.
Piotrek obudził mnie raz w nocy i stwierdził ze słyszy trzy
rożne glosy. Rowery były przypięte i przykryte wiec poszłiśmy spać
dalej…

Tego dnia tak jak zawsze zrobiliśmy około 135km…

22.08 stacja benzynowa

Rano okazało się na szczęście że rowery stoją… Piotrek nie mógł
znaleźć swojej saszetki na narzędzia i stwierdziliśmy ze ktoś ja w
nocy zabrał. Było tam sporo potrzebnych nam rzeczy. zostały nam
tylko klucze sześciokątne i klucz nastawny. Jeżeli coś się stanie z rowerami
to nawet nie będziemy mogli ich naprawić…

Po 7 ustawiliśmy się przy przeprawie i chwile później byliśmy za
rzeka. Zapłaciliśmy za przeprawę po 100 ft od osoby (1.40zł) i
ruszyliśmy dalej…. Po mniej więcej 50 kilometrach wypatrzyliśmy z
drogi duże krzewy konopi pastewnej która wyglądała jak marichuana, zaskoczeni tym widokiem zrobiliśmy z nimi kilka  niezłych fotek :)

Jechaliśmy mniej więcej do 13 aż dojechaliśmy na spore jeziorko, chyba
jedyne w okolicy patrząc na to ile było tam ludzi. Odpłynęliśmy
kawałek od ludzi i umyliśmy się strasznie pieniąc wodę:) rozłożyliśmy tez namioty bo
po poprzedniej nocy były wilgotne od rosy. Później wzięliśmy się za
czyszczenie i smarowanie łańcuchów.

Od 17 jechaliśmy praktycznie bez żadnej większej przerwy do godziny 22.
Mieliśmy nadrobić trochę kilometrów i jechać do pozna ale zatrzymała
nas trasa która była bardzo ruchliwa pomimo późnej godziny i niedzieli.
Zaczęliśmy szukać noclegu. Wpadliśmy na „genialny pomyśl”
aby rozłożyć się pod stają benzynową. Najlepsza miejscówka była za
myjnia z za której niewiele było widać. Noc była ciepła wiec poszliśmy
spać w samych śpiworach bez rozstawiania namiotu…

Przejechaliśmy około 145km, jutro Szeged – miasto graniczące z
terytorium Serbii.

23.08  Albert

Obudziliśmy się i szybko sprawdziliśmy czy nic nie zginęło. Na
szczęście nikt się nami w nocy nie zainteresował. Spanie za myjnia
było dobrym pomysłem:) w nocy niby było ciepło ale śpiwory i tak były
cale mokre od rosy.
Ogarnęliśmy się ze śniadaniem około 5.30 i poczekaliśmy do 6
aż otworzyli stację żeby umyć się w łazience.

Wypatrzyliśmy sobie na mapie zbiornik wodny oddalony był o jakieś 100 km i do
sjesty do niego jechaliśmy. Nie zdążyliśmy niestety przed największym
słońcem i ostro się zmordowaliśmy zanim dojechaliśmy do wsi która
leżała nad wodą. Jechaliśmy specjalnie do tego konkretnego jeziora
a okazało się ze nie ma do niego normalnego zejścia. W ogóle
musieliśmy się włamać na kogoś prywatny teren żeby podejść do wody.
Wypatrzyliśmy jedyne drzewo w okolicy, wypiliśmy po piwie i padliśmy
spać…

Obudziliśmy się jakieś 2 godziny później cali w małych
rzepach które czepiały się dosłownie wszystkiego. Ogarnęliśmy się i
ruszyliśmy dalej w stronę Szegedu. W miedzy czasię gdzieś na prostej
drodze zgubił nam się Tomek i spotkaliśmy go
dopiero w mieście. Szeged jest mniej więcej wielkości naszego
Wrocławia.
Przejechaliśmy szybko przez centrum i znaleźliśmy
mcdonalda pod którym spotkaliśmy pierwszego  Polaka na węgrzech.
Polakiem był student politechniki rzeszowskiej – Albert, który
opowiedział nam sporo o mięście, pokazał kilka fajniejszych miejsc i
zaprowadził na pole namiotowe. Niestety okazało się ze pole namiotowe
z powodu trwania jakiegoś festiwalu jest zamknięte i musieliśmy szukać
innego noclegu. Było już późno ale w końcu wypatrzyliśmy tabliczkę
hostelu. Z początku kompletnie nie mogliśmy się dogadać z kobieta w
recepcji ale znaleźliśmy w końcu tłumaczkę poprzez która zabukowaliśmy
się na noc. Zapłaciliśmy w przeliczeniu na polskie pieniądze po 45 zł
od osoby. Śpimy po dwie osoby w pomieszczeniach. W pokojach możemy
schować rowery no i co najważniejsze wziąć ciepły prysznic.
Zrobiliśmy tego dnia około 140km.

24.08  Szeged

Doba hotelowa miała trwać do 9. Plan był taki ze zbieramy się i
jedziemy dalej. Wstałem sporo wcześniej niż inni i wyskoczyłem na
miasto po kilka rzeczy i jakieś małe śniadanie. Po powrocie okazało
się ze chłopaki zdecydowali się zostać na jeszcze jedna noc… Z
początku mocno się stawiałem ale w końcu z braku innego wyjścia
musiałem ulec.

Resztę dnia spędziliśmy na zwiedzaniu miasta. Zrobiliśmy sporo fotek i
wpadliśmy do kilku barów.

Znaleźliśmy tez świetne miejsce gdzie można tanio zjeść. Mleczny bar
wystrojony wewnątrz w motywy krowich łat:) za mniej więcej 10 zł mogliśmy
zjeść domowy obiad. Problem był taki ze menu było po węgiersku i cześć
dań braliśmy na ślepo. Na szczęście słowniki w telefonach sporo nam
pomogły.

Około 20 wróciliśmy do hostelu na jeszcze na jedno piwko i poszłiśmy
spać. Rowery stały spakowane i gotowe do drogi. Plan jest prosty -
wstajemy skoro świt i jedziemy jak najdalej w głąb Serbii…

25.08   „202″

Wstaliśmy chwilę po 4 i szybko wyjechaliśmy z Szegedu. Rano nie było
praktycznie samochodów na ulicach wiec ruszyliśmy bez większych
problemów. Do granicy mięliśmy 15km wiec dystans pokonaliśmy bardzo
szybko. Granica z Serbia nie jest w Szengen wiec cieszyliśmy się ze po
raz pierwszy będziemy mogli wyciągnąć paszporty. Dojechaliśmy do budek
granicy węgierskiej i zostaliśmy bezproblemowo przepuszczeni. Na granicy z Serbia również
obeszło się bez problemów. Pieczątka w paszport i jazda dalej : )

W Serbii drogę mięliśmy już wcześniej ustalona. Niestety nasze GPSy
maja wszystkie mapy europy poza Serbią wiec byliśmy zmuszeni korzystać
tylko z papierowej mapy. Tak czy inaczej szło nam bez większych
problemów. Wiatr wiał nam ciągle w plecy, samochodów było niewiele i do 12
mieliśmy już przejechane lekko ponad 100 km.

Na chwile przerwy zatrzymaliśmy się w mieście Kikinda. W centrum
znaleźliśmy małą pizzerie i ku naszemu zaskoczeniu odkryliśmy ze jest
tam darmowe wifi! Ponadto kelner gadał po angielsku i troszkę się
zainteresował naszą grupą – zdrowy-rower i bardzo spodobała mu się idea charytatywnego wyjazdu za co dostaliśmy piwa na koszt lokalu.
Około 19 mieliśmy już prawie 200 km na  liczniku wiec zaczęliśmy szukać noclegu. Pytaliśmy od domu do domu i
każdy odprawiał nas do kogoś innego.. W końcu jedna z kobiet
powiedziała nam ze możemy spać na lokalnym stadionie piłkarskim.
Wsiadła na rower i pomimo tego ze większość ludzi we wsi kładła się już
spać, zaprowadziła nas na stadion. Brama była otwarta cały czas co
trochę nas zaskoczyło bo oznaczało to ze każdy może wejść ale tak czy
inaczej rozbiliśmy się pod jakimś budynkiem blisko murawy stadionu.
Kobieta powiedziała nam ze zadzwoni do szefa ośrodka i nie będzie problemu ze spaniem.
Przystaliśmy na jej propozycje z braku lepszego wyjścia i zaczęliśmy
robić jedzenie. Mniej więcej pół godziny później podjechał samochód, z którego wysiadło dwóch serbów, zaczęli nas nerwowo wypraszać ze stadionu. Lekko zestresowani
zaczęliśmy się tłumaczyć i chwile później przyjechał prezes któremu wytłumaczyliśmy
na czym polega nasza podróż i okazało się że możemy bez problemu spać.
Uspokojeni wróciliśmy w końcu do jedzenia…

Dzień był długi i męczący, trochę się kleiliśmy po całym dniu drogi
wiec wypadało gdzieś się umyć. Nie było nigdzie dostępu do wody poza
jednym zraszaczem który kręcił się na środku boiska. Wymyśliliśmy z
Piotrkiem ze najpierw się rozgrzejemy, szybko wskoczymy się umyć i
wrócimy do śpiworów. Zaczęliśmy biegać dookoła boiska. Kiedy już było
nam ciepło umyliśmy się na szybko w lodowatej wodzie.
Ogólnie noc przebiegła spokojnie nie
licząc długiej walki z komarami które nie dawały nam żyć.

Zrobiliśmy tego dnia 202 kilometry co jest dotychczasowym rekordem
tego wyjazdu jak i moim osobistym ;)

26.08  Belgrad

Wstaliśmy około 6. Potrzebowaliśmy zdecydowanie więcej snu po  
wczorajszy długim dniu. Spakowaliśmy się szybko i ruszyliśmy zjeść  
śniadanie pod najbliższym sklepem. Za dwie drożdżówki i jogurt  
zapłaciłem niecałe 5 zł wiec ceny są podobne do tych w Polsce.

Do stolicy Serbii – Belgradu zostało nam około 60km wiec szybko  
ruszyliśmy aby dotrzeć tam przed największym słońcem. Droga do  
Belgradu była prosta i mało ruchliwa wiec przed 12 znaleźliśmy się w  
stolicy. Miasto jak miasto… Nic ciekawego :/ ogromna ilość  
samochodów, spalin, hałasu i ludzi. Niedaleko miejsca naszego wjazdu  
do miasta dostrzegliśmy park z fontanna gdzie był dostęp do wifi. Nasi znajomi jaki i przypadkowe osoby komentują nasze zdjęcia z wyjazdu na naszej stronie, daje nam to dużo siły na dalsze zmagania, jak się dowiedziałem w Polsce jest strasznie zimno i pada . 
Spędziliśmy w tym miejscu kilka godzin…
W miedzy czasie skoczyliśmy na obiad do  
knajpy z „oryginalnym sarajewskim kebabem” nieświadomi do końca co  
zamawiamy mocno się zdziwiliśmy gdy podali nam dziwne, małe, słone  
kiełbaski zawinięte w gruba bułkę z dodatkiem cebuli. Żadnych sałatek  
i sosów jak w naszej polskiej kuchni. Jedzenie było średnie ale bardzo  
sycące i nie za drogie jak na stolicę kraju.

Z Belgradu wyruszyliśmy po 16. Drogę wyjazdowa mięliśmy ostro pod gore  
co było dla nas lekkim szokiem. Po 19 zaczęliśmy rozglądać się za noclegiem.
Mieliśmy niewiele ponad  
100 km ale byliśmy mocno zmęczeni górami i postanowiliśmy pójść  
wcześniej spać. W końcu wypatrzyliśmy jakąś restauracje z domkami do  
wynajęcia i postanowiliśmy podjechać. Okazało się ze restauracja jest  
zamknięta ale ochroniarz który pilnował całego kompleksu pozwolił nam się rozłożyć.
Rozbiliśmy się samymi śpiworami pod  
daszkiem w którym w sezonie musi się znajdować jakaś mała knajpa. Mamy  
prąd i prowizoryczne prysznice wiec jest super! Śpimy 30 metrów od Dunaju…
Przejechaliśmy tego dnia tylko 126km


27.08  Gościna Serbów

Wstaliśmy jeszcze przed świtem, spakowaliśmy się w miarę szybko i ruszyliśmy. Chwile później  dojechaliśmy do jednego z większych miast. Spędziliśmy tam stanowczo za
dużo czasu pod marketem i na szukaniu wifi po czym ruszyliśmy dalej.
Było już około 8 i słonce powoli zaczynało dawać o sobie znać.
Jechaliśmy mniej więcej do 13. Cały czas pod wiatr co w sumie miało
swój plus ze nie było nam bardzo gorąco. Przystanek zrobiliśmy w
jakimś małym barze. Właściciel pil sobie piwko i grał z kimś w szachy.
Byliśmy jedynymi gośćmi. Wypiliśmy po piwie, oparliśmy na chwile głowy
o stół… I obudziliśmy się jakąś godzinę później :) Słonce plus
lekkie górki i wiatr pod koła to bardzo mecząca mieszanka…

Około 15 ruszyliśmy dalej. Gór nie było za dużo. Na szczęście częściej
zdarzało nam się jeździć po płaskim wiec jakoś jechaliśmy dalej.
Kiedy zaczęło się ściemniać zobaczyliśmy jak wygląda prawdziwe życie w Serbii
Główne ulice które w dzień przelatują przez centrum miast zostają zamknięte od 19 do 24 i zamieniają się w ogromny deptak na który wychodzą praktycznie wszyscy mieszkańcy miasta.
Ludzie śmieją się i bawią – jest to naprawdę niesamowity widok.

Około 21.30 zaczęliśmy szukać noclegu. Po kilku nieudanych próbach
zaczęliśmy trącić nadzieje na w miarę normalne warunki aż
zauważyliśmy na tarasie jednego z domów trzy starsze osoby.
Podjechałem pod ogrodzenie i zacząłem gadać. Serbowie wpuścili nas
na nocleg. Wjechaliśmy na działkę i dostaliśmy do dyspozycji spory
kawal trawy oraz dostęp do wody :)

W domu mieszkał Serb razem ze swoja zona i gościnnie z
siostra która normalnie mieszkała w Zurichu. Zaprosili nas do stołu i
poczęstowali kawa a później każdy otworzył po piwie i zaczęliśmy się powoli dogadywać.
Musieliśmy się bardzo spodobać serbskiej rodzince bo powiedzieli żebyśmy nie
rozkładali namiotów i zaprosili nas do domu. Dostaliśmy spory pokój z
2 wielkimi łóżkami i dostępem do łazienki :)

Zrobiliśmy tego dnia około 140 km

28.08 Ivan

Wstaliśmy o 4.30 i zaczęliśmy się pakować. Po 5 przyszedł do nas
gospodarz i mniej więcej w pól do 6 byliśmy już gotowi do wyjazdu.
Zostaliśmy odprowadzeni do furtki na naprawdę milo pożegnani…

Trasa nie różniła się zbytnio od poprzednich dni. Około 11 lekko
zboczyliśmy z trasy i musieliśmy zrobić kilka bonusowych kilometrów.
Około 13 zaczęliśmy szukać miejsca na sjestę. Okropny żar lał się z
nieba ale na szczęście znaleźliśmy jakiś mały zagajnik.

Obudziliśmy się wszyscy razem około 16.30.. Cali spoceni i lepiący się,
rozbudziliśmy się i ruszyliśmy dalej. Słońce niby mniej
prażyło ale nadal było ciężko. Dalsza droga była ok. Dojechaliśmy do miasta Leskavica i skoczyliśmy  do marketu po zakupy. W międzyczasie podjechał do nas chłopak mniej więcej w naszym wieku
i zaczął  pytać o nasza akcje. Dogadaliśmy się ze wyprowadzi nas
najkrótsza droga z miasta i odprowadzi do trasy. Nazywał się Ivan daliśmy mu za to w
zamian plakietkę zdrowego roweru. Kiedy   dojechaliśmy do trasy zauważyliśmy ze jest to główna droga prowadząca
przez Serbie czyli autostrada nr 1. W tym odcinku zmieniała się ona
jednak w trasę szybkiego ruchu. Jeździło sporo samochodów ale było już
ciemno wiec nie mięliśmy możliwości znaleźć innej drogi..

Trasa pokonaliśmy jakieś 40km. Jechało się całkiem nieźle ale ruch na
drodze był tak nieznośny ze musieliśmy poszukać noclegu. Rozważaliśmy
kilka opcji aż zauważyliśmy na trasię znak motelu. Dojechaliśmy i
osłupieliśmy z wrażenia. Przydrożny motel był wielkim kompleksem na
wzór amerykańskich hoteli. Własna stacja benzynowa, restauracja,
dyskoteka, hotel i pole campingowe ;) zapłaciliśmy po 5 euro odo
osoby. Mięliśmy dostęp do internetu i ciepły prysznic ;)

Zrobiliśmy tego dnia około 150km…

29.08 Macedonia

Wstaliśmy rano i wpadliśmy w mały szok z powodu pogody. Od mniej
więcej 10 dni mięliśmy bez przerwy męczące słonce a ranek powitał nas
deszczowymi chmurami i dużo niższa temperatura. Spakowaliśmy się,
ubraliśmy cieplej i ruszyliśmy w kierunku granicy…

Cala drogę pchał nas niesamowity wiatr. Dochodziło do tego ze pod
lekka górkę podjeżdżaliśmy nawet ponad 40km/h. Rower jechał
praktycznie sam wiec już w okolicach południa byliśmy na granicy z
Macedonią. Z przejazdem nie było problemów. Celnicy żartowali ze ja i
Piotrek wyglądamy jak z mafii a Adaś i Tomek maja dobre buzie :)

Chwile po przejechaniu granicy znaleźliśmy się w Kumanovie.
Podjechaliśmy do centrum i przy pomocy tubylców znaleźliśmy kantor w którym
wymieniliśmy walutę. 10 dinarów macedońskich to jakieś 65 groszy a woda
kosztuje w granicach 20-25 za dużą butelkę.

Po zrobieniu małych zakupów pojechaliby do jakiegoś mini fast fooda
cos zjeść. Za 5 zł dostaliśmy ogromne hamburgery z pomidorami, sałatą
i frytkami ;) kiedy jedliśmy podleciały do nas 3 romskie dzieci
które dotykały niemal każdej części w rowerze i prosiły o pieniądze.
Zjedliśmy i szybko uciekliśmy ;)

Dalej przez Macedonie przelecieliśmy bardzo szybko. Wiatr dalej pchał
nas do przodu. Około 19 zaczęliśmy się rozglądać za noclegiem. Na jednym z postojów
zaczepił nas pasterz który powiedział żebyśmy szukali noclegu na
stacji benzynowej w pobliskim mieście. Przejechaliśmy dosłownie 5km i
zobaczyliśmy spora stacje benzynowa z motelem i restauracja.
Zagadaliśmy do pracownika stacji i dostaliśmy zgodę na rozbicie się.

Po kolacji poszliśmy rozbić namioty. Podłoże było bardzo nierówne ale
w końcu znaleźliśmy miejsce na rozstawienie namiotu.

Przejechaliśmy tego dnia 180km

30.08 holowanie

Wstaliśmy około 7, zebraliśmy się i poszliśmy do restauracji zobaczyć ile będziemy musieli zapłacić za śniadanie.
Za mniej więcej 10 zł od osoby zamówiliśmy po jajecznicy z 3 jaj na boczku + kawę.

W drogę wyruszyliśmy około 9 wiec najpóźniej jak do tej pory. Przed
nami za kilka kilometrów miała zacząć się trasa przez dość sporą górę
a potem już po płaskim do samej granicy

Podjazd był bardzo długi ale o słabym nachyleniu wiec wjechaliśmy
lekko :) na szczycie założyliśmy kaski, poprawiliśmy sakwy i
zaczęliśmy zjeżdżać na dol. Okazało się ze zjeżdżaliśmy w dużo niższy
teren niż ten z którego wjeżdżaliśmy przez co zjazd mięliśmy dużo
dłuższy. Jeszcze nigdy nie jechałem tyle w dół ;) po ad 20 minut bez
pedałowania ze średnią prędkością 50km/h ^^

Po zjeździe zjedliśmy kilka kanapek pod mostem i wjechaliśmy znowu na
trasę szybkiego ruchu. Do granicy mięliśmy 80km i jak się okazało
ciągle pod wiatr. To była mordercza podroż. 10 km przed granicznym
miastem Piotrek zaczął narzekać na wolnobieg w
rowerze. Męcząc się mocno pod wiatr jakoś dojechaliśmy do granicznego miasta i
pognaliśmy do sklepu rowerowego. Dosłownie przed samym sklepem
wolnobieg rozwalił się kompletnie i Piotrek w ogóle nie mógł
pedałować. Co gorsze w sklepie okazało się ze maja tylko chińskie
części które nie pasują do standardów Shimano. byliśmy 3km od
granicy z Grecją i nie mogliśmy jechać dalej. Mocno podłamani
zaczęliśmy myśleć co robić dalej. Przy markecie spotkaliśmy greka
który poradził nam pojechać pociągiem. Na stacji okazało się
ze pociąg jeździ tylko raz dziennie a my nie
potrafiliśmy odczytać o której godzinie. Stojąc pod stacja otoczyła nas
gromadka romskich dzieci. Musieliśmy uciekać ze stacji więc wyciągnęliśmy na
szybko linę holowniczą i zdecydowaliśmy się przeciągnąć Piotrka przez granicę

Line zaczepiliśmy do roweru Adasia a drugiej strony za kierownice do
roweru Piotrka. Chwile później powoli ruszyliśmy do przodu. Ludzie
widząc nasze starania klaskali nam kiedy wyjeżdżaliśmy z
miasta. Do granicy było bardzo blisko wiec 20 minut później stanęliśmy
na terytorium Grecji. Finał naszej podroży jest już na wyciągnięcie ręki…

Dosłownie 100 metrów za przejściem granicznym usiędliśmy w malej knajpie żeby
Pogadać za niskie ceny  z rodzina. W Macedonii za minutę połączenia musielibyśmy płacić 6 zł, tutaj ceny zmalały do 1 zł/min.

Problemem był nocleg. Byliśmy za bardzo zmęczeni żeby jechać dalej a tu gdzie staliśmy
Nie za bardzo była możliwość się rozbić. Tak czy inaczej pokręciliśmy się trochę po okolicy i
Rozłożyliśmy śpiwory schowani z jakimiś drzewami kilkaset metrów od przejścia granicznego

Zrobiliśmy tego dnia około 150 km

31.09  dłuuuuga sjesta..

 

Wstaliśmy około 6 naszego czasu (jak się okazało później o 7 czasu  
greckiego) i umyliśmy się w toalecie dla podróżnych czekających na przejazd
przez granicę. Zaczęły się próby naprawy roweru Piotrka. Nie mieliśmy za bardzo
narzędzi żeby spróbować cokolwiek zrobić więc musieliśmy improwizować.
Na początku wchodziło w grę zalanie wolnobiegu poxipolem ale szybko odeszłiśmy od
tego głupiego pomysłu. Druga opcja jaka zrobiliśmy było spięcie kasety ze szprychami  
za pomocą zipów. Piotrek przejechał w ten sposób 10 metrów i zipy  
pękły. Już mieliśmy wziąć go na hol kiedy wpadł na pomyśl aby wziąć  
linkę i tak przełożyć ją przez kasetę i szprychy aby wszystko razem zablokować. 
Na szczęscie prowizoryczna naprawa się udała i mogliśmy pojechać dalej.
Do miasta dojechaliśmy bez problemu w okolicach godziny 11. Dość  
szybko zlokalizowaliśmy sklep i mieliśmy szczęście bo serwisant gadał po  
angielsku. Okazało się ze trzeba wymienić całą piastę ale serwisant  
nie miał nowej na składzie. najbliższy duży serwis był w Salonikach  
czyli jakieś 80 km dalej. Szef sklepu rowerowego zaproponawał nam  że  pojedzię po część samochodem. Był tylko jeden minus. Około miało być  gotowe dopiero na 17 a było przed 12. Trochę załamani tym faktem rozsiedliśmy się
w miarę taniej knajpce i przeczekaliśmy te kilka dobrych godzin.
Po 17 poszliśmy do serwisu i okazało się ze musimy poczekać jeszcze  
dwie godziny… Tak czy inaczej w okolicy godziny 19 rower Piotrka był już sprawny
I mogliśmy ruszać dalej.
Po wyjeździe z miasta poczuliśmy mocny wiatr w plecy. Wiatr był tak  
silny ze na prostej jechaliśmy przez dłuższy czas 45km/h.  
Z taką prędkością przejechaliśmy prawie 2 godziny. Za noclegiem zaczęliśmy się rozglądać
dopiero kiedy zaczęło się mocno ściemniać. Poszłi nam na rękę pracownicy stacji benzynowej
którzy nie widzieli problemów i mogliśmy położyć śpiwory z boku budynku. Wyglądaliśmy
tak dziwnie śpiąc na stacji, że w nocy przejeżdżający ludzie robili nam zdjęcia…

Zrobiliśmy tego dnia  ponad  110km


1.09  błękit morza w górach

Zaplanowaliśmy ze wstaniemy przed 5 i polecimy dalej ale nasze
organizmy same upomniały się o odpoczynek i wstaliśmy dopiero około 7.
Zebraliśmy się w miarę szybko i zaczęliśmy szukać drogi. Kręciliśmy
się mocno po wsiach i powoli posuwaliśmy się naprzód. Po przejechaniu
większych gór po raz pierwszy zobaczyliśmy błękit morza.
W jednym z przydrożnych barów sprzedawca wskazał na telewizor,  leciała prognoza pogody, w polskich górach pada śnieg. Rozśmieszyło nas to bo u nas było prawie 40 C
Godzinę później podjechaliśmy na plażę i padliśmy z
wrażenia. Przejrzysta, błękitna i bardzo ciepła woda tak bardzo się
nam spodobała ze spędziliśmy na plaży ze 4 godziny. Rozsiędliśmy się
na leżakach jednego z hoteli i zrobiliśmy sobie długą sjestę.

Grecja ma niesamowite ukształtowanie terenu. W Polsce albo się
jest nad morzem ale w górach. Nie da się połączyć tych dwóch
miejsc.  My leżąc na plaży mieliśmy 20 metrów do morza a dosłownie
kilka kilometrów za nami rozciągały się ogromne góry. Patrząc za
siębie byliśmy w górach, patrząc przed siębie nad morzem  ;)

Po sjeście szybko ruszyliśmy dalej i posuwaliśmy się naprzód w miarę
szybko przy drodze biegnącej wzdłuż autostrady. Po kilkudziesięciu
kilometrach zatrzymaliśmy się w supermarkecie aby zrobić większe
zakupy.

Po zakupach mieliśmy w planach przejechanie jeszcze z 40 kilometrów ale po spojrzeniu
stwierdziliśmy, że nigdzie dalej nie znajdziemy żadnego campingu. Mieliśmy natomiast
pole namiotowe niedaleko naszego położenia więc tam właśnie pojechaliśmy
Zapłaciliśmy po 5€ od osoby.

Zrobiliśmy tego dnia niecałe 100km. Jutro mamy zamiar wstać mega wcześnie i
polecieć jak najdalej w głąb Grecji.

2.09  Pochylnia

Wstaliśmy dopiero około 9. Mieliśmy wstać bardzo wcześnie ale organizmy
same upomniały się i odpoczynek. Rano skorzystaliśmy jeszcze z
prysznicy i posiędzieliśmy przy rowerach.

Kilka kilometrów jechaliśmy droga publiczna wzdłuż autostrady aż nie
mieliśmy innego wyboru i byliśmy zmuszeni wjechać na autostradę. Po
przejechaniu kilku kilometrów dojechaliśmy do bramek gdzie trzeba było
płacić za przejazd po autostradzie i pracownik powiedział nam ze nie możemy jechać dalej.
Na szybko ustaliliśmy objazd i ruszyliśmy…

Jechaliśmy cały dzień przez małe wsię położone u podnóża gór a
dosłownie kilometr obok drogi rozciągał się błękit morza. Kiedy słońce zaczęło
mocno palić rozłożyliśmy się na chwile na plaży i wykąpaliśmy w morzu.

Reszta dnia upłynęła bez większych przygód. Jechaliśmy dość długo aż
się ściemniło. W końcu dojechaliśmy do jakiejś malej
miejscowości gdzie rozbiliśmy się na dziko niedaleko malej knajpki.
Spadek terenu był tak duży że w nocy kilka razy budziłem się na trawie daleko od śpiwora.

Zrobiliśmy tego dnia około 150km…

03.09 prom

Wstaliśmy bardzo wcześnie rano. Noc mieliśmy dość ciężką :/ podbiegały
do nas psy i w pobliżu kręcili się jacyś ludzie.

Od samego początku droga poprowadziła nas przez góry… Męczyliśmy się ze dwie
godziny aż w końcu dojechaliśmy do portowego miasta Volos.
Z Volos mięliśmy popłynąć promem na jedna z wysp.
Niestety okazało się ze od kilku lat trasa ta
jest już nieaktualna i musieliśmy jechać dalej… Do następnego promu
mieliśmy 70km. Ostatni prom wyruszał za 4 godziny wiec zaczął się
wyścig z czasem.

Do promu dojechaliśmy bez większych problemów sporo przed czasem.
Mieliśmy popłynąć na wyspę, przejechać 10km i wejść w następny
prom aby wrócić na stały lad. Za promy zapłaciliśmy w sumie 5.20€ a
skróciliśmy dzięki temu 120km drogi ;)
Na stałym ladzie ruszyliśmy wzdłuż autostrady do najbliższej
miejscowości gdzie miał być camping. Po drodze mięliśmy ostra walkę z
ogromnym psem który prawie zjadł Piotrka.

Dojechaliśmy do miejscowości gdzie miało być pole namiotowe i znowu zawiedliśmy się na naszej mapie.
Okazało się ze camping nie istnieje już od dłuższego czasu i byliśmy w
kropce. Pokręciliśmy się po mięście i dostaliśmy zgodę aby rozłożyć się
na małym boisku do piłki nożnej. Niedaleko była płaza na której stal
prysznic wiec mięliśmy się gdzie umyć…

Zrobiliśmy tego dnia około 100km

04.09 Osioł

Do Aten mieliśmy już niedaleko wiec nie musieliśmy się rano zrywać.
Wstaliśmy około 8 greckiego czasu więc spaliśmy ponad 8 godzin.
Był to pierwszy raz od wyjazdu kiedy tak długo spaliśmy

Kiedy chcieliśmy wyjechać okazało się ze na boisku rośnie dziwny
rodzaj trawy z której odrywają się kolce przebijające opony. Ja po
wyjeździe oderwałem takich z 5. Niestety tylna dętka tego nie
wytrzymała. Podobny problem miał Tomek więc musieliśmy stracić trochę czasu
na wymianę dętek

Dalsza droga przeszła bez większych niespodzianek. Teren nas nie
rozpieszczał. Bardzo dużo jechaliśmy po górach ale poza tym nic
ciekawego się nie działo. Koniec podroży już blisko ale ostatnie dni
złewają się w jeden. Trudno nam określić upływ czasu. Przestajemy
rozpoznawać jaki jest dzień tygodnia a czas mierzymy bardziej przez
położenie słońca na niebie…

Noclegu zaczęliśmy szukać dopiero po zmroku. Przy wjeździe do małej wsi
znaleźliśmy parking dla tirów ze sporym kawałkiem zieleni. Niedaleko był kran przy którym
mogliśmy się umyć więc postanowiliśmy rozbić się właśnie w tym miejscu.

Zdjęliśmy sakwy z rowerów i usłyszeliśmy niedaleko nas bardzo dziwny
dźwięk. Co jakiś czas coś wydawało odgłos jakby rżenia połączonego z
rechotem. Zaczęliśmy się rozglądać i mniej więcej 300 metrów od nas
dostrzegliśmy spory kształt na polu. Byliśmy mocno zdezorientowani
dźwiękiem i wielkością kształtu zwierzęcia aż wreszcie ciekawość
wygrała i podeszliśmy kawałek sprawdzić co to… Okazało się ze naszym
sąsiadem jest osioł ;) osiołek był przywiązany wiec spokojni
wróciliśmy do rozkładania namiotów.

Wieczorem po rozłożeniu wszystkich rzeczy usiedliśmy przy winku i
wspominaliśmy co się działo podczas podroży. Mniej więcej po północy obudziło nas głośne szczekanie  psów. Trwało to bardzo długo i baliśmy się ze zaczną nas atakować. Na szczęście zwierzaki  znudziły się naszym brakiem ruchu i pobiegły najprawdopodobniej do
osła ponieważ późniejsze szczekanie dobiegało właśnie z tamtego
kierunku. Reszta nocy przebiegła spokojnie…

05.08-06.08  – Ateny

Wstaliśmy koło 8 rano, umyliśmy się na szybko i ruszyliśmy drogą przez góry
Aby jak najszybciej dotrzeć do upragnionego celu. Po drodze nie mieliśmy żadnych większych przygód poza przebiciem dwóch dętek.
Około 12 zatrzymaliśmy się w małej knajpce w kształcie statku żeby coś zjeść i przeczekać upał. Dogadaliśmy się z właścicielką w sprawie prysznica i umyliśmy się
wężem ogrodowym na tyłach restauracji.
Do Aten wjechaliśmy dopiero po 16. Od razu uderzył nas zgiełk i hałas milionowego miasta.
W Grecji mieszka około 11 mln ludzi z czego aż 4 mln w Atenach.
Całe miasto było mocno zatłoczone więc zanim dojechaliśmy do centrum minęło sporo czasu. Postój zrobiliśmy dopiero na deptaku pod samym akropolem. 
Byliśmy zmęczeni ale niesamowicie szczęśliwi, że udało nam się dotrzeć do celu.
Pozostawał tylko problem noclegu… Wpadliśmy na pomysł, że nie warto
jest spać i lepiej się przemęczyć całą noc i odespać ten czas w autokarze.
Późnym wieczorem zaczęliśmy szukać miejsca gdzie moglibyśmy w miarę tanio zjeść kolację. Weszliśmy w jak najbardziej boczne uliczki miasta i znaleźliśmy fajną knajpkę, gdzie zjedliśmy niesamowicie świeżą sałatkę grecką. W knajpie posiedzieliśmy do jakiejś 1 w nocy. Resztę czasu spędziliśmy na zmianę na kręceniu się po mieście albo przysypianiu na ławeczkach. Rano skoro świt ruszyliśmy na Akropol. Na górę dostaliśmy się bez żadnych problemów ale musieliśmy zostawić rowery. Na samym szczycie spotkaliśmy polską wycieczkę więc posłuchaliśmy trochę historycznych faktów.
Resztę drugiego dnia w Atenach spędziliśmy głównie na zwiedzaniu miasta i robieniu zakupów na podróż która miała potrwać aż 38 godzin.

Na 2 godziny przed planowym odjazdem autobusu postanowiliśmy wyruszyć na miejsce zbiórki. Okazało się że dojechanie do tego miejsca wcale nie było takie proste.
Nasze GPSy pokazywały 3 ulice o takiej samej nazwie więc dojechaliśmy na parking
autokarów dopiero po godzinie gubienia się po mieście.

Na parkingu znaleźliśmy naszego przewoźnika i stanęliśmy przed poważnym problemem.
Kierowcy nie chcieli wziąć naszych rowerów i kazali nam dopłacić 10 euro za  każdą sakwę ( licząc 2 30 litrowe i 2 15 litrowe + wór to 50 euro ekstra) Rok temu kiedy wracaliśmy z Francji nie mieliśmy takich problemów wystarczyło 10 euro za rower.
Po wielu kłótniach udało nam się w końcu załadować rowery ale nadpłatę i tak
musieliśmy zrobić. Było nam bardzo przykro, że tyle serdeczności płynie do nas od obcokrajowców podczas gdy rodacy w tak nieprzyjemny sposób chcieli wycisnąć z nas ostanie kilka euro. Firma Agat okazała się niepoważna, rowery wyjeliśmy z luków zniszczone- były upychane przez kierowce a na naszego maila w tej sprawie do dziś nie dostaliśmy odpowiedzi.

Nasza podróż trwała ponad 21 dni w przeciągu których pokonaliśmy ponad 2500 kilometrów. Przejechaliśmy przez Polskę, Słowację, Węgry, Serbię i Macedonię aby dotrzeć wreszcie do stolicy Grecji , wydaliśmy troszkę ponad 1800 pln w tym 400 za powrót.
Na nasz cel – Rechabilitację dla Leszka, zebraliśmy 10 000 pln:)