Łeba 2008 – druga wyprawa

PICT9488

Wyprawa do Łeby była naszą drugą wyprawą. Udało nam się dotrzeć nad morze w trzy dni z czego byliśmy dumni. Zapraszamy do przeczytania dziennika z wyprawy.

 

Dystans: 726 km

Czas trwania: 8 dni

Trasa: Pruszków – Mława – Ostróda – Gdydnia – Jastrzębia Góra – Łeba

 

Dzień I: Pruszków – Mława 190 km

Wstaliśmy o 4 rano 14 sierpnia, aby wyruszyć jak najwcześniej z Pruszkowa. Kiedy spotykaliśmy się na starcie o 4.30 słońce dopierowschodziło ponad horyzont na stacji kolei. Spotkaliśmy jeszcze upominającego się o „kilka groszy” na piwo (4.30!). Pierwszego dnia pogoda była idealna na rozpoczęcie przygody. Kiedy wyjechaliśmy było jeszcze chłodno. Pierwszy przystanek mieliśmy po
przejechaniu 60 kilometrów w Nowym Dworze Mazowieckim. Po 30 minutach wyruszyliśmy w dalszą podróż. Następne kilometry przejechaliśmy w pięknej, słonecznej pogodzie, podziwiając polskie krajobrazy. Kolejny postój był w Sochocinie. Nie zostaliśmy tam jednak długo – mieliśmy jeszcze wiele kilometrów przed sobą. Dopiero w Glinojecku postanowiliśmy zrobić dłuższy odpoczynek. Rozłożyliśmy karimaty na szkolnym boisku i odpoczywaliśmy. Później zjedliśmy obiad i wyruszyliśmy dalej. Byliśmy już trochę zmęczeni, ale jechaliśmy nadal, bo pogoda nam dopisywała. Humor także. Wreszcie czuliśmy się w pełni wolni. Mieliśmy cały dobytek, wszystko co nam było potrzebne, przy sobie. Jechaliśmy głównie przez wsie, gdzie drogi były wolne od samochodów. Obok nas był tylko las, który co jakiś czas zmieniał się w pola obsiane zbożem. Nie mogliśmy napawać się tymi pięknymi widokami i poczuciem wolności. Gdy dojeżdżaliśmy do Mławy robiło się już ciemno. Znaleźliśmy w końcu nocleg i zmęczeni poszliśmy spać.

Dzień II: Mława – Ostróda 120 km

Z Mławy wyjechaliśmy koło 7 rano. Pogoda nie była już tak dobra. Nad miastem zebrały się chmury. Zdążyliśmy przejechać koło 30 kilometrów. Złapał nas deszcz. Schowaliśmy się na przystanku PKS. Kiedy tylko skończyło padać ruszyliśmy dalej. Nie jechało się już tak dobrze. Nawierzchnia była mokra, a koła wyrzucały wodę na twarz. Zatrzymaliśmy się na stacji benzynowej w Działdowie, aby kupić jedzenie na drogę. We Frygnowie, niedaleko słynnej wsi Grunwald, spotkaliśmy bardzo miłych ludzi. Jednym z nich był Biały – kierowca PKSu. Opowiadał jak dzień w dzień bezpiecznie przewozi ludzi do Ostródy. Po zjedzeniu posiłku i wypiciu herbaty w miłym towarzystwie pojechaliśmy dalej. Podczas jazdy zaczął padać deszcz, ale nie mieliśmy czasu na przystanki. Musieliśmy dojechać do Ostródy i zarezerwować sobie nocleg. Kiedy dojechaliśmy do Ostródy, okazało się że akurat trwa Reggae Festiwal. W całym mieście chodzili fani tego gatunku muzyki. Jeden z nich nas zaczepił. Opowiadał jak sam, kiedy był młody, zwiedzał Europę na rowerze. Po chwili musiał jednak iść, bo przypomniało mu się, że zgubił gdzieś syna. Nie było możliwości wynajęcia noclegu, pojechaliśmy dalej licząc, że znajdziemy coś po drodze. Na szczęście 5 kilometrów za Ostródą znaleźliśmy Salezjański Ośrodek Wypoczynkowy. Bardzo pięknie ulokowane domki wypoczynkowe nad Jeziorem Pauzeńskim [link]. Tam zatrzymaliśmy się, aby nabrać sił na kolejny dzień.

Dzień III: Ostróda – Stegna 120 km

Z ośrodka zamierzaliśmy wyjechać o 6 rano. Jednak cały czas padało. Wyruszyliśmy w końcu około 9 w deszczu. Z powodu późnego wyjazdu mieliśmy jechać cały czas bez przystanków. W rezultacie deszcz rozpadał się na dobre. Zaczęło grzmieć i błyskać.
Musieliśmy się schować. Zatrzymaliśmy się na przystanku PKS, który miał kształt małej chatki. Spędziliśmy tam jakiś czas, posililiśmy się i kiedy przestało padać ruszyliśmy dalej. Nie zdążyliśmy jednak zajechać daleko. Deszcz złapał nas znowu. Musieliśmy zatrzymać się na kolejnym przystanku PKS. Gdy deszcz skończył, pojechaliśmy dalej. Tomek zapomniał o tym, że na ławce przystanku zostawił aparat i portfel. Wsiadł na rower i pojechał. Na szczęście Piotrek zauważył rzeczy Tomka i je zabrał. Tomek zorientował się dopiero po 5 kilometrach, że czegoś mu brakuje. Tak był skupiony na prowadzeniu roweru. Zatrzymaliśmy się w barze w Dąbrównie na herbatę – musieliśmy się rozgrzać. Za Pasłękiem bardzo długo musieliśmy jechać pod górę, jednak zostaliśmy wynagrodzeni. Przed Elblągiem mieliśmy 10 kilometrów z górki. Gdy dotarliśmy do Elbląga zrobiliśmy sobie przerwę na posiłek. Nie była ona jednak długa. Musieliśmy ruszać do Stegny – naszego celu. W Jazowej przekroczyliśmy rzekę promem. Jechaliśmy bez wytchnienia, ponieważ zrywał się wiatr i zaczynał znów padać deszcz. Do Stegny dojechaliśmy około 22. Na szczęście znajome koleżanki wynajęły nam wcześniej pokój. Mogliśmy bez przeszkód odpocząć i wysuszyć nasze mokre od deszczu ubrania.

Dzień IV: Stegna

Po trzech dniach jazdy zdecydowaliśmy, że odpoczniemy jeden dzień w Stegnie. Dotarliśmy do naszego celu. Porządnie sięwyspaliśmy i poszliśmy zobaczyć Morze Bałtyckie. Ciężko było nam uwierzyć, że taką drogę przebyliśmy tylko dzięki sile własnych mięśni. Na obiad zjedliśmy rybkę z frytkami w miejscowym barze. Wieczorem spotkaliśmy się ze znajomymi koleżankami, które akurat też wypoczywały w tej miejscowości. Cały dzień szybko minął, a nam nadał nowych sił. Nie zamierzaliśmy jednak poprzestać na Stegnie.

Dzień V: Stegna – Gdynia 80km

Po opuszczeniu Stegny dojechaliśmy do promu w Mikoszewie. Musieliśmy chwilę poczekać na prom, więc zjedliśmy posiłek i
opracowaliśmy dalszą trasę. Jechaliśmy przez Sobieszewo i Przejazdowo. W Gdańsku trochę zabłądziliśmy i znaleźliśmy się na Westerplatte. Zrobiliśmy sobie tam przerwę. Od miejscowych ludzi dowiedzieliśmy się, że zaraz obok jest prom przez Wisłoujście. Po przedostaniu się na właściwą stronę rzeki, wjechaliśmy na bardzo dobrze zrobioną ścieżkę rowerową, która prowadziła prosto do Sopotu wzdłuż brzegu morza. Jechało się bardzo dobrze. Słońce znów świeciło, więc nie robiliśmy postojów. Za Sopotem ścieżka rowerowa skończyła się, a my jechaliśmy lasem. Miejscami trzeba było wprowadzać rower, bo podjazdy były bardzo strome. Bywały też duże spadki, z czego bardzo się cieszyliśmy. Ten etap nas wymęczył. Dotarliśmy do Gdyni o 21, po czym znaleźliśmy pokój gościnny [link]. Tam mogliśmy zregenerować siły.

Dzień VI: Gdynia >> Hel – Jastrzębia Góra 70 km

O 9.15 odpływał tramwaj wodny z Gdyni na Hel. Kupiliśmy bilety i popłynęliśmy przez Zatokę Pucką. Podróż
trwała godzinę. Ranek był słoneczny. Na Helu byliśmy tylko chwilę i zaraz ruszyliśmy. Przez całą półwysep poprowadzona jest ścieżka rowerowa, z czego byliśmy zadowoleni. W Juracie zjedliśmy obiad i postanowiliśmy poleżeć na plaży, bo pogoda była w sam raz. Po dwóch godzinach stwierdziliśmy, że starczy wylegiwania się i pojechaliśmy dalej. W międzyczasie spadł niespodziewany deszcz, na szczęście padał krótko. Minęliśmy Władysławowo i pojechaliśmy do Jastrzębiej Góry. Tam znaleźliśmy nocleg. Zostawiliśmy rowery i poszliśmy do knajpki na kolację. Było przyjemnie, więc spędziliśmy tam trochę czasu, a później poszliśmy na nocleg.

Dzień VII: Jastrzębia Góra – Łeba 110 km

Od samego świtu padało, więc wyjechaliśmy dopiero o 10. Po jakimś czasie rozpo
godziło się. Postój mieliśmy w Wierzchucinie. Kolejny zrobiliśmy w Kurowie. Niedługo potem Piotrek przebił dętkę, a Adam przebił dwie. Dnia siódmego rowery nie były już tak posłuszne, zawodziły hamulce i przerzutki. Łańcuch przypominał rudy warkocz. Szczególnie odczuł to Adam, kiedy zerwał mu się łańcuch i dużą część trasy poświęcał na doprowadzanie swojego roweru do porządku. Po dotarciu do Łeby znaleźliśmy nocleg, gdzie kiedyś nocował Piotrek. Spotkaliśmy też znajomego, który akurat przebywał w Łebie. Poszliśmy do restauracji meksykańskiej a potem godzinę spędziliśmy w zawiłościach Łebskich ulic poszukując naszego noclegu.

Dzień VIII: Łeba – Lębork 40km i powrót pociągiem

Dzień wcześniej udało nam się dowiedzieć w jakich godzinach kursuje pociąg z Lęborka do Warszawy. Okazało się że o godzinie 13.15 możemy wracać. Zatem ruszyliśmy o 9 żeby na spokojnie dojechać. Po drodze oczywiście zgubiliśmy się. Kiedy byliśmy w
Lęborku, umówiliśmy się pod miejscową „Żabką”. I każdy podjechał pod „Żabkę” tylko, że każdy pod inną. Udało nam się jednak odnaleźć. Piotrka zagadał jeden z mieszkańców, opowiadając o swoim całym życiu. Jak się okazało ów mieszkaniec Lęborka urodził się w Piastowie (obok Pruszkowa). Potem już tylko szukaliśmy dworca i na nasze nieszczęście zajęte były wszystkie miejsca rowerowe. Musieliśmy poczekać 4 godziny na kolejny pociąg. Oczekiwanie umilił nam miejscowy bar – nie chciało nam się już jechać na rynek miasta, woleliśmy podziwiać bar przy dworcu i w ten magiczny sposób zleciały 4 godziny. Wsiedliśmy w pociąg (transport pociągiem uznajemy jedynie do powrotu z wyprawy w celu ucięcia kosztów i zaoszczędzenia czasu). W Warszawie byliśmy przed godziną 24. Na dworcu zachodnim wsiedliśmy na rowery i postanowiliśmy jechać rowerami do Pruszkowa. Napotkała nas jeszcze jedna niespodzianka – przy al. Jerozolimskich obok salonu „Ery” odbywał się event premiery iPhone’a 3G. Równo o północy na niebie pojawiły się błyski petard, a na chodnik spadała srebrna serpentyna. Piotrek nie mógł przegapić tej okazji i zostaliśmy jeszcze 30 min. W domu byliśmy około godziny 1 w nocy, zadowoleni, zmęczeni i troszkę wymagający kąpieli.